Niedzielnym porankiem wybralismy sie do ogrodu botanicznego w polnocnym Chicago. Dzien byl tak cudnie letni, jednoczesnie swiezy i zielony, ze obeszlismy prawie kazda sciezke! Najwiecej radosci wzbudzily kaczki, labedzie, kwiaty na wodzie i wodospady.
Zostalam dzis (ku uciesze babc!) przyjeta w poczet chrzescijan. Najpierw rytualnie oblano mi glowke woda i namaszczono oliwa czolo (moze w koncu zaczna mi rosnac wlosy), potem podjadlam troche swiecy i szybko ucieklam!
Dzieki staraniom babci i mamy, powolutku robie postepy nocnikowe. Nie zawsze sie uda do srodka ale przynajmniej siadanie mam opanowane. Gdy sie uda, to HURRA nie ma konca! Hurra hurra hurra!
Dzis od rana padal deszcz, schronilam sie na zadaszonym i gumowym placu zabaw. Wdrapywanie sie na zolwia, jazda malym samochodzikiem i inne aktywnosci mimo brzydkiej pogody zmeczyly mnie tylko na chwile, i po 40 minutowej drzemce, znowu bylam gotowa na podboj swiata!